Mojżesz wzrok zaczął tracić już w wieku 9 lat.  W szkole podstawowej na lekcjach informatyki dzieci przyciskały mu twarz do monitora komputera. Na WF-ie był w grupie "frajerów", a w technikum stał się obiektem znęcania psychicznego ze strony nauczycielki języka niemieckiego. Dziś ma 26 lat, a otaczający go świat, widzi już tylko w 20-procentach. Nie da się obliczyć dni i godzin do chwili, w której jego oczy zostaną w pełni pokryte czernią. O zdrowie jednak się nie martwi. Spełnił największe marzenie, o którego realizacji zadecydowała... audycja radiowa.

 

 

Z Mojżeszem znamy się od maja 2017 roku. Kręciłem materiał o blind footballu, czyli piłce nożnej osób niewidomych i niedowidzących, a on był i dalej jest jednym z graczy Tynieckiej NWP Kraków oraz reprezentacji Polski. Od naszej ostatniej rozmowy minęło blisko pół roku. Jedyne co się zmieniło to tylko jego brzuch. Na pierwszy rzut oka widać, że jest trochę większy niż w czerwcu, ale cóż - to dobrze, że mu się powodzi. Miejsce spotkania niezmienne - bar "Cafe Piast" w akademiku "Piast", w którym mieszkałem przez trzy lata w trakcie studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim. Witamy się jak zwykle- mocno ściskamy dłonie, obejmujemy i klepiemy po plecach.

 

- Mateusz, czemu właściwie mówią ci Mojżesz? Domyślam się oczywiście, że ze względu na wygląd, ale mógłbyś powiedzieć coś więcej? Chciałbym, żeby czytelnik już od pierwszej strony miał twój obraz przed swoimi oczami.

 

- Przezwisko towarzyszy mi jeszcze od technikum. Wtedy nosiłem dłuższe włosy i brodę. Jeden z kolegów zaczął mówić mi Jezus, ale nie godziłem się na to.

 

- Dlaczego?

 

- Jestem osobą wierzącą, więc dlatego. Uznał, że zostanę Mojżeszem. Trafiłem na jakiś artykuł, w którym napisali, że ta postać biblijna była łysa. Z drugiej strony szedł ciągle przez 40 lat, to musiał nieźle zarosnąć.

 

Zamawiamy piwo, siadamy do stolika, a w zawieszonym nad naszymi głowami telewizorze leci właśnie mecz angielskiej ligi piłkarskiej - Liverpool kontra Arsenal. Wiem, że Mojżesz wolałby obejrzeć mecz Barcelony - ale cóż - kolejne spotkanie jego ukochanego zespołu wypada dopiero za tydzień, w Święto Trzech Króli. Jak zawsze na ekran spogląda bokiem twarzy, a nie wprost. Ktoś nieznający go, pomyślałby z pewnością, że "boczy się" na swojego rozmówcę. Nic z tych rzeczy! Nagle postanawiam przerwać przyjemność, jaką niewątpliwie jest dla nas futbol. Nie mecz jest celem naszego spotkania.

 

- Szykuje nam się dłuższa rozmowa. Pozwolisz mi na jej nagrywanie? Łatwiej będzie mi później ją spisać.

 

- Nie ma problemu. Przed Tobą nie mam tajemnic. Pytaj o co chcesz.

 

 

CHOROBA I SZKOŁA ŻYCIA

 

Dystrofia plamki Stargardta - tak nazywa się schorzenie, na które cierpi Mojżesz. Być może teraz ktoś zechce przerwać czytanie tego tekstu i szybko wyszukać informacji na jego temat w sieci. Spokojnie, z tłumaczeniem śpieszy sam bohater.

 

- Po środku oczu widzę czarną plamę, która całym obwodem stale się rozrasta. Zauważyłeś pewnie, że patrzę na ciebie bokiem. Na obrzeżach oka wszystko jest w porządku. To choroba nieuleczalna, ciągle postępuje. Teraz widzę już tylko w 20 procentach. Jeżeli wszystko pójdzie jak trzeba, to powinienem zatrzymać się na 10, ale może być gorzej.

 

Wzrok zaczął tracić w wieku 9 lat. Miał pecha, bo ta choroba dotyka tylko dzieci między 8 a 12 rokiem życia. Wystarczył mu jeden rok szkolny, by z ostatniej ławki w klasie przenieść się do pierwszej i siedzieć z nosem w tablicy. Rodzice? Byli przejęci i zrozpaczeni. Ojciec myślał wtedy nawet, że Mojżesz będzie kaleką uzależnioną od pomocy innych i nie wychodzącą z domu. Rówieśnicy? Mieli raj na ziemi, bo w ich środowisku pojawił się niezdarny lamus, któremu można wcisnąć każdy kit i wywinąć najokrutniejszy żart. Przecież i tak nie mógł zauważyć, że ktoś wokół niego coś knuje.

 

- Dosłownie jeździłem oczami po monitorze, żeby móc coś przeczytać. Z lupą na informatyce głupio siedzieć. Byli tacy, którzy podchodzili do mnie, przyciskali głowę do monitora i mówili "teraz lepiej widzisz ślepaku?!". Na WF-ie z kolei nie należałem do grupy "szkolnych osiłków", ale "frajerów". Na pewno wiesz o co chodzi. Wszędzie przecież jest taki podział. Nie przejmowałem się tym.

 

Problemy ponownie pojawiły się w technikum na ulicy Tynieckiej w Krakowie, do którego chodził wraz z innymi niewidomymi i niedowidzącymi. Tam psychicznie znęcała się nad nim nauczycielka języka niemieckiego. Dlaczego? W każdej grupie wybierała osobę, którą dręczyła. Dlaczego wybrała właśnie niego? Tego nie wie do dziś, ale to właśnie przez ten przedmiot był bliski nieukończenia szkoły.

 

- Pamiętam, jak na jednej lekcji wezwała mnie do tablicy. Odpowiedziałem poprawnie na cztery pytania. Nie powinna zadawać piątego, bo takie mieliśmy zasady. Cztery pytania i ocena, ale zrobiła to. Głupia zadała mi piąte pytanie. Tu się wyłożyłem i… dała mi jedynkę. Rozumiesz?! Dwudziestą siódmą w tamtym roku szkolnym! Siadłem za swoim komputerem w sali językowej i... rozpłakałem się. Ja, 18-letni facet.

 

 

USŁYSZEĆ PIŁKĘ  I PRZYPADKOWY SŁUCHACZ

 

Ucieczką od wszystkich problemów stał się sport. W 2015 roku zaczął uprawiać bilnd football, czyli piłkę nożną dla osób niewidomych i niedowidzących. Przypuszczam, że większość z was zastanawia się jak to możliwe, że niewidome osoby biegają za futbolówką i strzelają gole. Pozwólcie, że poświęcę dosłownie kilka zdań, by zobrazować wam, jak wygląda ten sport. Poruszanie się po boisku umożliwia grzechotka umieszczona w piłce. Zawodnicy podążają za jej dźwiękiem. Aby nie wpaść na siebie w jej poszukiwaniu każdy głośno mówi "voy", co z języka hiszpańskiego oznacza "idę". Obowiązek "wojowania" dotyczy każdego z graczy. W ten sposób niewidomi są w stanie zlokalizować na boisku kolegów z drużyny i przeciwników. Dla wyrównania szans zakładają również opaski przysłaniające oczy. Dlaczego? Bo sport ten uprawiają nie tylko osoby w stu procentach niewidome, ale jak napisałem wcześniej osoby niedowidzące. Co ciekawe, bramkarze w blind footballu są osobami widzącymi. Mają jednak utrudnione zadanie. Nie mogę przemieszczać się po całym placu gry. Mogą wyjść maksymalnie metr przed bramkę. Gdy wiemy już, jak wygląda blind football, pora powrócić do Mojżesza. 


Gdy był kilkuletnim, zdrowym jeszcze chłopcem traktował piłkę nożną jako zło konieczne. Jak wspomina jego ojciec - pan Mirek - dziwiło go, że syn nie interesuje się sportem.

 

- Sadzałem go przed telewizorem, włączałem mecz Wisły Kraków, ale jego kompletnie to nie interesowało. Pooglądał chwilę i wychodził z pokoju. Martwiłem się. Mam przecież jednego syna i żeby nie było z kim o futbolu porozmawiać?

 

Stosunek do piłki nożnej zmienił w 2004 roku, czyli trzy lata po tym, jak zaczął tracić wzrok. Kuzyn dał mu grę "FIFA 04", która jest komputerowym symulatorem piłki nożnej. Wtedy też zrodziło się najsilniejsze uczucie w jego życiu, czyli miłość do FC Barcelony.

 

- Musiałem wybrać drużynę, którą mógłbym zagrać. Padło na "Barcę". Wiesz czemu? Bo... spodobały mi się jej kolory. Fajna czerwono-niebieska plama. Tyle mi wystarczyłoby wybrać zespół do gry przed komputerem, a później stać się jego wiernym fanem w rzeczywistości. W ogóle granie to dużo powiedziane w moim przypadku, ale i tak dawało to frajdę, bo jako jeden z nielicznych w klasie miałem komputer. No a to był 2004 rok, wtedy jeszcze telewizory miały tyłki. Wracając do tematu, związałem się emocjonalnie z tym klubem. Z każdym kolejnym rokiem coraz bardziej marzyłem o tym, by pojawić się na ich stadionie w trakcie meczu.

 

Podobnie, jak biblijny Mojżesz, wykazał się sporą cierpliwością. Na postawienie pierwszego kroku w kierunku wyjazdu do  Barcelony czekał 14 lat. W sierpniu 2018 roku gościł w studiu radia "Weszło FM". W audycji - o ironio losu zatytułowanej "W ciemno" - opowiadał o blind footballu, swojej karierze i marzeniu, jakim było dopingowanie ukochanej drużyny na stadionie CampNou. Przypadkiem przysłuchiwał się jej Piotr Olejnik ze strony Blaugrana.pl - największego polskiego serwisu poświęconego FC Barcelonie.

 

- Kilka dni po nagraniu zadzwonił do mnie Marcin Ryszka, z którym rozmawiałem na antenie. Powiedział, że zadzwonili do niego ludzie z polskiego serwisu "Barcy", którzy są gotowi opłacić mi wylot na mecz Barcelony. I stało się! Kazali wybrać spotkanie. Padło na spotkanie w Lidze Mistrzów z Tottenhamem. Początkiem grudnia siedziałem wraz z tatą w samolocie do Hiszpanii.

 

 

NOS NA POLICZKU

 

Byłoby za pięknie, gdyby historia ta skończyła się na szczęśliwym powrocie do Polski. Na trzy dni przed wylotem do Barcelony Mojżesz w barwach Tynieckiej NWP Kraków rozgrywał międzynarodowy turniej blind footballu. W drugim meczu zderzył się z innym graczem i złamał nos.

 

- Stary, takiej kontuzji nie miałem nigdy wcześniej. Zderzyłem się z tym Węgrem i poczułem na czole, że leci mi krew. Norma! Nie ma turnieju, po którym nie trafiłbym na SOR. Już nie liczę ile razy zakładali i wyjmowali mi szwy. Teraz było inaczej. Gogle lekko mi się przechyliły, chciałem je poprawić i poczułem, że nos to ja chyba mam na policzku. Pomyślałem od razu o Barcelonie: ciulowo będę wyglądał na zdjęciach ze stadionu z taką twarzą. Dobrze, że siostra Dominika była na trybunach, to od razu pojechaliśmy na nastawianie do szpitala.

 

- Powiedziałeś lekarzowi o tym, że za 3 dni lecisz na mecz do Hiszpanii?

 

- Tak.

 

- No i co ci powiedział?

 

- Zakazał mi lotów co najmniej przed najbliższe dwa tygodnie. Jeżeli ogarniasz trochę fizyki to wiesz, jak to działa. Zmiana ciśnienia i krew niedługo po takim urazie mogłyby rozsadzić mi głowę od środka. No i właśnie - ta nagła zmiana ciśnienia. Z tego co wiem, niektórzy ludzie oślepli przez nią w samolocie. Mi wzroku za wiele nie zostało, ale skoro już lecę to chciałbym tam coś zobaczyć.

 

Trzy dni po wypadku Mojżesz czekał na odlot na Lotnisku Chopina.

 


NAGRAĆ, ZOBACZYĆ, ZDĄŻYĆ

 

- Bałem się tej podróży. Wiedziałem, że na pokładzie mogę zacząć niemiłosiernie kichać krwią - takie coś przynajmniej pisali w Internecie ludzie, którzy podobnie jak ja mieli gdzieś zalecenia lekarza i wsiadali do samolotu.

 

Lot do Barcelony minął spokojnie. Trzy godziny spał jak dziecko i obudził się dopiero w porcie El-Prat oddalonym o 10 kilometrów od centrum miasta. Po wyjściu z pokładu stał przed nim tylko jeden cel - jak najszybciej dotrzeć na CampNou. Jak wspomina jego ojciec, fascynacja atmosferą panującą na stadionie była ogromna. Budowla mogąca pomieścić blisko 100 tysięcy ludzi, stała się jego ziemią obiecaną, do której wędrówka trwała 14 lat.

 

- Siedziałeś daleko od murawy?

 

- Był kawałek, ale fragmenty meczu w jakiś sposób nagrałem sobie na telefon. Tata też coś nakręcił.

 

- Po co?

 

- Żeby... pooglądać je na spokojnie w domu. Wiesz, za dużo nie widzę. Boisko było dla mnie jedną wielką plamą, na której mieszały się ze sobą kolory. W telefonie na wszystko patrzy mi się o wiele łatwiej. No, ale jakby nie było, coś zobaczyłem.

 

Z kieszeni wyciąga iPhone’a, odblokowuje i kładzie go na stoliku, tuż przy moim kuflu z piwem. Wchodzę w galerię, a tam pełno nagrań z meczu. Sam nigdy nie byłem na CampNou, dlatego materiały przeglądam ze sporym zainteresowaniem. Spoglądam na jego twarz i po raz pierwszy tego dnia widzę na niej szeroki uśmiech. Zdążył.

 

 

Autor: Paweł Baran

Zdążyć przed ciemnością

Copyright by FAME agency & Laboratorium Reportażu 2019