FAME-agency.jpg
Laboratorium-Reportazu.jpg
Laboratorium-Reportazu.jpg
FAME-agency.jpg

RZECZ O REPORTAŻU

Nigdy nie czułam, że mam dom, miejsce gdzie jestem bezpieczna. Kiedy słyszysz "babcia" myślisz: wspólne pieczenie ciasteczek, czytanie bajek na dobranoc i siedzenie na jej kolanach w bujanym fotelu. Kiedy ja słyszę "babcia" przypominają mi się larwy, linijka i słowa "wynoś się", które z jej ust słyszałam setki razy. Czasem nie mogłam tego wytrzymać, pakowałam się i szłam do rodziców, po kilku godzinach dzwonił telefon, chwile później z ust ojca padało zdanie: "Wracaj do babci", więc wracałam.

 

 

Niewygodne dziecko
 

Dwa dziecięce łóżeczka, wózek i tapczan zapełniły nasz 8 metrowy pokoik. Tak mieszkaliśmy. Moja mama, tata, Rafał, Adam i ja. Obok w "salonie" babcia, dziadek i wujek. Kiedy wujek dostał mieszkanie, przekazał je tacie i w piątkę przenieśliśmy się do nowego miejsca. Byłam tam tylko pół roku. Stałam się niewygodna. Może dlatego, że byłam chorowita, może dlatego, że moja zerówka była daleko, nie wiem, ale rodzice musieli mieć ważny powód, żeby mnie oddać. Znowu byłam u babci. Jak dorosłam pytałam: "Mamo dlaczego mnie oddałaś?", w odpowiedzi słyszałam: "Byłam młoda i głupia". "Młoda i głupia?". Przecież miała już 27 lat. Nie wiem, jak mogła to zrobić, nigdy bym nie oddała żadnej z córek, bez względu na wszystko. Wróciłam do naszego starego pokoju, ale tylko na dwa lata. Babcia cały czas chorowała. Uznała, że musi mieć oddzielne pomieszczenie. Od kiedy skończyłam osiem lat do końca liceum dzieliłam pokój z wujem. Mieliśmy oczywiście osobne łóżka, a wujek nie dopuścił się żadnego wykroczenia, aczkolwiek nie była to komfortowa sytuacja dla dorastającej dziewczyny. Babcia chorowała jak tylko coś działo się nie po jej myśli. Kładła się na tapczanie i nie wstawała z niego przez kilka dni, trzeba było jej wtedy usługiwać. A jak już nadchodził dzień, kiedy zwlekała się z łóżka to wymagała składania jej pokłonów, za wszystko co robiła. Dlatego wolałam już jak całymi dniami leżała.
 

 

Tylko babcia mogła być chora...


Moje dzieciństwo to ciągła myśl o śmierci. Cały czas chciałam umrzeć. Jako pięciolatka miałam zapalenie skóry i pojechałam do szpitala. Tam zaraziłam się salmonellą, dostałam gorączki czterdzieści stopni. Ubzdurałam sobie, że umarłam, uwielbiałam o tym myśleć. To dziwne, ale nic sobie nigdy nie zrobiłam, tylko marzyłam o własnej śmierci. Myślałam, że fajnie by było, jakby samochód mnie potrącił albo coś na mnie spadło, ale nie że sama sobie coś zrobię. Organizacja tego byłaby trudna, przy mojej babci niewykonalna, cały czas mnie kontrolowała, miała oczy dosłownie wszędzie. Te myśli minęły dopiero po pierwszej terapii. Babcia miała monopol na chorobę, nikt poza nią nie miał prawa do gorszego samopoczucia. Jak byłam mała zdarzały mi się różne przeziębienia, kiedy mówiłam o nich babci słyszałam: "Nic cię nie boli", a kiedy już dostawałam termometr i wskazywał na gorączkę mówiła: "nie masz gorączki włożyłaś termometr pod lampkę". Ja nie mogłam nigdy chorować. Kiedy moje córki kichną, kaszlną albo coś je boli to od razu lamentuję: "O Boże, o Boże". Bardzo martwię się o zdrowie dzieci, chyba aż za bardzo. Nie wiem, może przesadzam, w każdym razie babcia się mną nie przejmowała. Dostawanie szmatą, a szczególnie linijką to był babciny sposób na wychowanie dziecka. Nie sprzeciwiałam się, byłam posłuszna, nie chciałam stwarzać konfliktów. Wiedziałam, że to, co mówi dorosły jest święte i zawsze ma rację, a dziecko nigdy, nawet kiedy dorośnie. Babcia podała mi kiedyś na obiad zupę pomidorową z larwami, kiedy jej powiedziałam, że pływają w talerzu, oznajmiła, że nic tam nie ma, że wymyślam i mam jeść, a nie gadać. Zjadłam tę zupę. Machnęłam na to ręką, dobra niech Ci będzie - pomyślałam. Większą część robaków odłożyłam na bok i jej potem pokazałam. I tyle, chociaż udowodniłam, że miałam rację. Jako nastolatka wiele rzeczy robiłam jej na złość. Tylko tak, żeby tego nie wiedziała, dla siebie samej, dla własnego przekonania, że mogę zrobić coś wbrew jej woli. W liceum chciałam chodzić w glanach, co było dla niej nie do przyjęcia, więc wychodziłam w butach, które jej się podobały i jeszcze na klatce wyciągałam z plecaka martensy i tak ubrana szłam do szkoły. Musiałam cały czas przepraszać, za wszystko. Za to, że skłamałam, że dostałam 3, albo po prostu za powiedzenie czegoś co nie było zgodne z jej myślami. Raz w podstawówce poszłam do spowiedzi i zamiast naszego księdza przyjechał duchowny z parafii obok. W konfesjonale wyznałam swój grzech - obraziłam babcie. Ksiądz zdziwił się: "Czym taka mała dziewczynka mogła obrazić babcię?". Posłusznie odpowiedziałam, że miałam coś zrobić, a wolałam wykonać to inaczej. Na co on odpowiedział: "Dziecko, ale ty mogłaś to zrobić, ona Ci nie mogła tego zabronić. To nie jest grzech mieć swoje zdanie." To był dla mnie szok. Ona zawsze mnie straszyła, że to jest grzech i muszę się spowiadać, że nie można się sprzeciwiać. Jak byłam w pierwszej klasie liceum babcia poślizgnęła się i złamała sobie rękę przez pół roku tylko leżała, ani ja ani nikt z rodziny nie był wstanie przekonać jej do rehabilitacji. Przez sześć miesięcy miałam na głowie wszystko. Wstawałam, robiłam śniadanie wujkowi, babci, sobie, kanapki do pracy dla wujka, kanapki dla mnie do szkoły, szłam do szkoły, w szkole myślałam co ugotować na obiad, czego brakuje w lodówce, co kupić, wracałam ze szkoły, rzucałam plecak, brałam siatę, robiłam zakupy, gotowałam im obiad, karmiłam babcię, robiłam jej okłady na rękę i nogii, zmywałam naczynia. Robiła się szósta musiałam iść do kościoła, codziennie chodziłam tam z babcią od małego, zawsze musiałam być na mszy nawet bez niej, potem to polubiłam miałam trochę oddechu od tego wszystkiego. Po nabożeństwie wracałam do domu, przygotowywałam kolację i dopiero po tym siadałam do lekcji, uczyłam się do 2-3 nad ranem, jeśli miałam klasówkę następnego dnia. I tak w kółko przez pół roku. Na koniec krew leciała mi z nosa z przemęczenia, dopiero wtedy wujek zorientował się, że może jest mi ciężko. Ale i tak nic się nie zmieniło. On nic nie robił, jak wracał do domu. Jedyne opróżniał wiadro po babci, na szczęście, że ja nie musiałam tego dźwigać do kibla. Moi rodzice odwiedzali babcię wiedzieli, co się działo. Nikt się ze mna nie pieścił.

 


Pakuj się, masz iść


Babcia nie uznawała, że jej dom to także mój dom. Na każdym kroku mnie straszyła, że jak nie będę spełniać jej poleceń to mnie wyrzuci, mój każdy sprzeciw kończył się słowami babci "wynoś się". Słuchałam tego od kiedy tam zamieszkałam i pierwszy raz jak miałam 13 lat spakowałam się i wyniosłam. Nie mogłam tego zrobić otwarcie, choć ciągle mówiła "to nie jest twój dom, wynoś się", to nie pozwalała mi się wyprowadzić. Tego dnia zanim wyszłam do szkoły zapakowałam do plecaka książki na cały tydzień i parę ubrań, po zajęciach udałam się do rodziców. Poszłam do swojego pokoju, miałam go w domu rodziców, był bardzo ładny z nowymi meblami, które sama wybrałam. Ale co z tego skoro nie mogłam tam mieszkać? Zdążyłam się rozpakować, powiesić plakaty Toma Cruise'a i Guns'n'Roses, czego nie mogłam robić u babci. Przecież Anioł Stróż nie może wisieć koło Axl'a Rose'a. Okazało się, że tata jest bardzo podobny do swojej matki, na ścianie, gdzie wywiesiłam plakaty był obraz Matki Boskiej, ojciec z desperacją zdjął Matkę Boską i rzucił ostentacyjnie na biurko. Od tamtej chwili wiedziałam, że ewidentnie Anioł Stróż i Matka Boska nie lubili G'n'R. Kiedy zdenerwowany wyszedł z pokoju szybko zdjęłam plakaty i powiesiłam z powrotem Maryję. I tak było co jakiś czas, kiedy już nie mogłam wytrzymać z babcią, szłam do domu, zazwyczaj kończyło się to tak, że ojciec i mama wracali z pracy i zaczynały się telefony od babci. Rodzice nie cieszyli się, z mojego przyjścia, to był dla nich problem, zaczynali się kłócić, nie pamiętam, żeby któreś chciało mojego powrotu. Dzwonił telefon,a po chwili słyszałam głos ojca: "Pakuj się, masz iść". Pakowałam się i szłam do babci. Kiedy przekraczałam próg mieszkania babci witała mnie słowami: "Jesteś bez serca, poszłaś do matki, a ja tak się poświęcam dla Ciebie, a ty teraz do nich poszłaś". Nie tylko rozstanie z rodzicami było trudne, brakowało mi rodzeństwa mam siostrę i pięcioro braci. Rafał i Adam jeszcze ze mną mieszkali, potem urodziła się jeszcze Kasia, Kuba, Janek i Bartek. O spotkanie z nimi musiałam prosić. W soboty mogłam ich odwiedzać. Ale w niedzielę już nie. W niedzielę w domu był mężczyzna i wokół mężczyzny trzeba skakać, trzeba mu dotrzymać towarzystwa. Musi być wspólny obiad i msza. W okresie wakacji mama prosiła mnie o pomoc przy najmłodszych braciach. Nie rozumieli, że jestem ich siostrą. Myśleli, że babcia jest moją mamą. Bardzo się dziwili kiedy mówiłam do "ich" mamy "mamo". Jednego lata wyjeżdżałam na tydzień, chłopcy musieli się o tym dowiedzieć, słyszałam jak między sobą szeptali, że ich niania wyjeżdża na urlop. To było bardzo przykre, dopiero wtedy do mnie dotarło, że tak naprawdę nie wiedzą, kim ja w ogóle dla nich jestem. Znacznie lepiej było między mną a Adamem, który później pomieszkiwał u babci, byłam z nim bardzo zżyta. Jak było nam już bardzo źle, to otwieraliśmy czekoladę i rozmawialiśmy o tym, że jest ciężko, ale nigdy się nie po popłakaliśmy, byliśmy wyłączeni z emocji zaprogramowani na przetrwanie. W liceum poświęcałam dużo czasu siostrze. Pamiętam, że czesałam jej włosy, spinałam w  koka, może plotłam warkocza, nie pamiętam. Wtedy pierwszy raz świadomie pomyślałam, że bardzo dużo radości sprawia mi zwyczajne okazanie uwagi, uczuć, troski. Poczułam, że jest mi to bardzo potrzebne. Z drugiej strony niezwykle dziwne i nowe, nikt mi nigdy nie poświęcał czasu, nie bawił się ze mną, nawet nie miałam zabawek. Urodzin też nie, tylko raz, chyba piąte, mama upiekła tort biszkoptowy z galaretką na wierzchu jeszcze jak cała rodzina mieszkała u babci. Potem nie było niczego, ani prezentów na urodziny, ani tortu. Moja córka Jaga ma prawie 6 lat, tyle ile ja, kiedy przestałam mieszkać z rodzicami. Czasem boję się, że mogę być zazdrosna o to, że ma rodzinę, która ją kocha i okazuje jej uwagę, a i tak zdarza jej się marudzić mimo, że ma wszystko. Boję się, że mogłabym jej powiedzieć, że nie może być niezadowolona, bo niczego jej nie brak, a ja nie miałam nic. Zdarza się, że zanim coś powiem muszę to przemyśleć, żeby nie wyżyć się na niej tylko dlatego, że ma szczęśliwe dzieciństwo, o którym ja nawet nie marzyłam. Babcia zawsze mówiła, że mogłam się bardziej postarać, dostać lepszą ocenę, zrobić coś lepiej nigdy nie było wystarczająco dobrze. Teraz kiedy widzę, jak moja córeczka pisze szlaczki, to czasami mam ochotę powiedzieć jej, żeby zrobiła to lepiej, bardziej się postarała, bo wiem, że potrafi, ale hamuję się, zdaję sobie sprawę, jak to działa na dziecko. Takie gadanie zawsze robi więcej szkody niż pożytku.
 

 

Zabić z miłości


Kiedy wyjechałam na studia w końcu odetchnęłam, ale nie na długo. W wakacje, kiedy nie musiałam mieszkać w akademiku zajmowałam się kotami wujka, który latem wyjeżdżał na Mazury. Tego lata mój ojciec pracował w stolicy i zostawał na w noc u wujka, żeby nie wracać późno do domu. Jednego wieczora jak zwykle przygotowałam ojcu obiad i podałam do stołu, można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od tego, że "zupa była za słona". Wrzeszczał na mnie, nie mogłam tego znieść, powiedziałam mu, że nie jestem jego żoną i nie będzie tak do mnie mówił. Mój ojciec miał alergię na moją matkę, wystarczyło o niej wspomnieć, a działało to na niego jak płachta na byka. Zaczęło się od zupy, a skończyło na talibach. Na talibach, którzy zdaniem ojca stali pod oknem i chcieli mnie zabić. "Muszę cię zabić, zanim oni Cię zabiją, zabiję Cię z miłości" - tak mi powiedział. Poszedł do kuchni wziął nóż i zaczął mnie gonić, byłam już przy drzwiach wejściowych, żeby wyjść z domu i od niego uciec. Dopadł mnie przy nich, ale usłyszał ciotkę, która właśnie wchodziła. Kiedy zobaczyła ojca z nożem i mnie całą dygoczącą ze strachu, od razu wyrzuciła go z domu. I wtedy, gdy miałam 21 lat, ktoś po raz pierwszy stanął w mojej obronie i mnie przytulił. Nie pamiętam pierwszej nocy po tym zdarzeniu, chyba nie spałam. Następnego dnia zadzwoniła matka i zapytała: "Co mu zrobiłyśmy, że biedny na piechotę wracał 80 kilometrów, przez co zdarł buty i poranił stopy". Zastanawiała się wtedy co my mu zrobiłyśmy? Co my mu zrobiłyśmy? A może co on zrobił mnie. Zrelacjonowałam matce całą sytuację, na co ona odpowiedziała: "Ale tata jest chory" i tego dnia dowiedziałam się, że od dwudziestu lat mój ojciec jest chory na schizofrenię i dwubiegunówkę. Wtedy pierwszy raz straciłam siły, położyłam się do łóżka i tak już w nim zostałam na trzy miesiące, ciocia próbowała uzdrowić mnie modlitwami, które odprawiała nad łóżkiem. Nie była to najlepsza terapia, ale starała się pomóc jak tylko mogła. Sytuacja z ojcem to był bodziec, że muszę coś zrobić, że chyba moja rodzina nie jest normalna i ja nie będę, jeśli ktoś mi nie pomoże. Tym razem nie pacierzem.
 

 

Trafić na dobrego człowieka


Nie mówiłam nic mężowi, myślałam, że dopóki idę do przodu, dopóty żyję. Poznałam go przez kuzynkę na pielgrzymce do Częstochowy. Jak już byliśmy razem to więcej czasu poświęcał na karierę niż na mnie? Chciałam szybko wyjść za mąż, żeby mieć swój dom, kogoś kto będzie mnie kochać i nie powie mi "wynoś się". Moje wychowanie przez babcie przypominało wychowanie w domu dziecka. Byłam najedzona, ubrana, miałam dach nad głową, książki, nawet na wycieczki jeździłam. Ale nie miałam miłości, uwagi czy jakichkolwiek emocji jakich dziecko oczekuje od opiekuna. Za to wychowano mnie na dobrą i posłuszną żonę, która będzie umiała odpowiednio zająć się mężem. Uczyłam się na wujku, który musiał mieć wszystko podane pod nos, wyprane i posprzątane. Pewnie dlatego nie przeszkadzało mi, że mój mąż nie ma dla mnie za wiele czasu, byłam nauczona, że to ja mam być dla niego. Musiało minąć trochę czasu, zanim dotarło do mnie, że też jestem ważna i zasługuję na uwagę. Na szczęście mimo braku wzoru w domu, jak powinna wyglądać rodzina, trafiłam na dobrego człowieka, który mnie szanuje, dba o mnie i tworzy ze mną i naszymi córkami rodzinę.
 

 

Ktoś musiał zrobić za mnie pierwszy krok...


Poszłam na terapię rok po ślubie. Poprosiłam męża, żeby zadzwonił i umówił mnie na wizytę, ktoś musiał za mnie zrobić pierwszy krok. Po pierwszej wizycie miałam wrażenie, że moje ciało to jedna wielka rana wszystko, mnie bolało. Po skończonej terapii jakbym zeszła z krzyża, uznałam, że jestem normalną dziewczyną. Do tamtego czasu czułam się napiętnowana dzieciństwem, niekochana, odrzucona. Osoby po przejściach, muszę udać się do specjalisty, który pomoże im uporać się z przeszłością, to pomaga. Wtedy zaczynasz żyć, a nie tylko starać się przerwać. Terapia to był bunt. W mojej rodzinie mówiło się że psycholog to samo zło, "pójdziesz wywalisz brudy, a przecież brudy pierze się w domu, a nie opowiada obcym ludziom. Psycholog szkodzi, przez niego ojciec jest chory poszedł i zrobili z niego wariata." Wychowałam się w bardzo katolickiej rodzinie, studiowałam teologię, ale nie jestem zamknięta na świat. Wiem, że nie tylko Bóg nam pomaga. Zresztą to on stawia ludzi na naszej drodze, którzy są od tego żeby, nam pomagać w doczesnym życiu, trzeba z tego korzystać, a nie bać się.

 


Nigdy Ci tego nie mówiłam


To zabawne, ale moja mama nauczyła się okazywać miłości dzięki moje córce. Kilka miesięcy temu w trakcie obiadu mówi do mojej mamy "kocham cię", a ona nie potrafiła przyjąć tych słów. Zaczęła szukać powodu, dla którego to powiedziała, "pewnie nie chcesz zjeść zupy". Wtedy coś we mnie pękło i musiałam i zwróciłam jej uwagę "Mamo jeżeli nie masz ochoty powiedzieć, że ją kochasz, to nie rób tego, ale nie ucz dziecka, że "kocham Cię" mówi się kiedy coś się przeskrobie albo jest się interesownym". Kiedy od nas wyjechała, jeszcze w drodze do domu napisała do mnie sms'a "Aniu kocham Cię przepraszam, że nigdy Ci tego nie mówiłam, Jagódka mnie nauczyła". Teraz często do mnie dzwoni i pisze. Czasami dostaję wiadomości, że żałuje oddania mnie do babci.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej

Autor: Karolina Kraushar

unsplash-image-11.jpg

<< Strona główna

Copyright by FAME agency & Laboratorium Reportażu

2017 - 2019