FAME-agency.jpg
Laboratorium-Reportazu.jpg
Laboratorium-Reportazu.jpg
FAME-agency.jpg

RZECZ O REPORTAŻU

unsplash-image-8.jpg

Autor: Karolina Kraushar

Wiolonczelista to ryzykowny zawód, najprawdopodobniej moja pensja będzie wynosić 2,200 zł. Godziny, tygodnie, miesiące, lata nauki, tysiące upokorzeń, setki ran na dłoniach. Niewyobrażalna ilość wypłakanych łez. Ale to wszystko znika kiedy stajesz przed widownią i potrafisz oczarować ich swoją muzyką, zawładnąć ich duszami, wywołać wzruszenie. A wygrywane przez Ciebie melodię łączą się z twoją wrażliwością i sprawiają, że mimo wszystko wiesz, że jesteś tu, gdzie powinieneś być i robisz to do czego jesteś stworzony.

 

 

PIERWSZY KONCERT

 

Historia od której wszystko się zaczęło to czysty przypadek. Rodzice mieli iść do Filharmonii Warmińsko-Mazurskiej na Bacha, okazało się jednak, że ojciec musiał zostać dłużej w pracy, a opiekunka nie przyszła. Mojej mamie bardzo zależało na tym koncercie, więc wzięła mnie ze sobą. I tak mając 2, może 3 lata pierwszy raz znalazłam się w filharmonii. Sala koncertowa wprawiła mnie w osłupienie. Stało się coś nieprawdopodobnego, przez cały czas siedziałam cicho jak zamurowana. A mój wzrok nieustannie skierowany był na skrzypce. Mama do dziś się śmieje, że nawet nie drgnęłam, tylko zahipnotyzowana wpatrywałam się w instrument. Myślę, że, gdybym tam nie poszła nie zostałabym wiolonczelistką. W mojej rodzinie nie ma muzyków, nikomu specjalnie nie zależało na wykształceniu mnie w tym kierunku. Ale od dnia koncertu cały czas jak zdartą płytę w domu słychać było mój głos "Chce iść do szkoły", "Mamo, kiedy pójdziemy", "Będę grała na skrzypcach" i tak w nieskończoność, aż w końcu poszłam na egzaminy.

 

 

TO JEST OBRZYDLIWE, NIE BĘDĘ NA TYM GRAŁA

 

Dostałam się. Skakałam z radości na myśl o sobie grającej na skrzypcach. Egzaminatorzy mieli jednak co do mnie inne plany. Po ogłoszeniu wyników podeszła do mnie jedna z Pań, uśmiechnęła się i powiedziała "Damy Cię na wiolonczelę". Nie wierzyłam w to co słyszę. Zrobiłam ogromną awanturę darłam się, że nie będę na tym grać. Wiolonczela wydawała mi się okropna i monstrualna. Byłam jedyną osobą, której ją przydzielili, nie rozumiałam dlaczego to właśnie ja muszę się męczyć z tą wielką bryłą drewna. Moja mama przez pół roku urządzała pielgrzymki do dyrektorki. W czasie jednej z wielu wizyt mamy, nauczycielka - Pani Kwas powiedziała "Niech Pani poczeka, ona się jeszcze zakocha w tym instrumencie". I tak się stało. Teraz cieszę się, że w końcu mnie nie przenieśli. W życiu nie zmieniłabym instrumentu, a już na pewno nie na skrzypce.

 

 

JAK TY GRASZ?

 

Pierwsze lata nauki były wspaniałe, zaczęłam startować w konkursach, zdobywać pierwsze nagrody, granie przychodziło mi z dużą łatwością. Czas płynął, zaczęłam się uczyć w gimnazjum, był to okres, w którym nie robiłam żadnych postępów, czułam, że stoję w miejscu. Nie miałam środków, żeby przekazać poprzez muzykę to co chcę, nikt mnie technicznie do tego nie przygotował. Przez 3 lata miałam 4 nauczycieli, co jeden to gorszy. Zaczęłam mieć spięte mięśnie, ból jaki czułam uniemożliwiał mi łapanie dźwięków, ręce odmawiały posłuszeństwa, a do tego nauczycielki cały czas powtarzały, że gram coraz gorzej, co powodowało jeszcze większe spięcia. I tak w kółko. Wszystko zmieniło się kiedy któregoś dnia idąc korytarzem w szkole przypadkowo spotkałam profesora Pawła Roka. Zaczepił mnie, zauważył, że mam ze sobą wiolonczelę. Nie miałam pojęcia z kim właśnie rozmawiam, ale potem szybko się dowiedziałam (był koncertmistrzem w Filharmonii Narodowej oraz byłym wykładowcą w Seulu i Dublinie). Od razu zaprosił mnie na lekcję do siebie. Kiedy do niego przyjechałam chwile porozmawialiśmy, opowiedział mi o sobie, wypytywał o szkołę i muzykę, aż w końcu poprosił żebym zagrała. Zagrałam najlepiej, jak potrafiłam . Nie szczędził mi gorzkich słów, był załamany poziomem moich umiejętności ale stwierdził, że szybko się uczę i rozumiem co do mnie mówi. I tak zaczęłam naukę pod jego okiem. To była ciężka praca. W pół roku nadrobił ze mną niewyobrażalny materiał. Wątpię żeby ktokolwiek z kimkolwiek i gdziekolwiek nadrobiła tyle rzeczy. Zaczęłam znowu grać, grać jakoś. Po raz pierwszy od kilku lat na nowo poczułam przyjemność płynącą z muzyki, którą tworzę. Ale jego metody nauczania były kontrowersyjne. Uwagi, które wypowiadał w moją stronę były trafne, niestety nie przebierał w słowach. Nie mogłam u niego wytrzymać dłużej niż 3 dni, nasza relacja była bardzo dziwna. Raz wyrzucił mnie z domu w czasie lekcji. Siedziałam i grałam pustą strunę G przez godzinę, nic nie grałam tylko ciągnęłam smyczkiem po pustej strunie. Pamiętam jakby to było wczoraj. Siedzę i gram, a łzy ciekną mi strumieniami po policzkach, brodzie i tworzą niewielką kałużę na drewnianej podłodze. Po godzinie wyzwisk i krzyków, stwierdził, że nie szanuję ani jego, ani jego pracy i mam się wynosić. Mimo, że byłam przygotowana i umiałam grać. Wyszłam. Problem nie był w moim graniu tylko w jego humorach i wybuchowym charakterze, kiedy miał zły dzień lubił wyładować frustrację. Potrafiłam grać po 12 godzin dziennie, aż na opuszkach robiły mi się pęcherze, które pękały, a krew zalewała wiolonczele, teraz mam opuszki twarde jak skała, a dupę jeszcze twardszą, dzięki naszym lekcjom. Kilka dni później znowu doprowadził mnie do łez. Nie potrafię sobie przypomnieć co grałam, za to doskonale pamiętam co mówił . "Co ty kurwa tam tak skrobiesz. Co ty kurwa tam skrobiesz tym palcem. Co ty robisz kurwa z tym. Kurwa wiesz co, jak chcesz se poskrobać to sobie łechtaczkę poskrob, wtedy będzie Tobie przyjemnie, a ja będę miał ładny widok". I podobne sytuacje zdarzały się notorycznie. Mimo to, czułam, że on wie jak mi pomóc i że dzięki niemu się rozwinę. Nasze spotkania dawały mi zastrzyk wiedzy i umiejętności. Ceną za to były upokorzenia, krzyki i wyzwiska, ale grałam coraz lepiej. Teraz czasem do niego dzwonię, jest dla mnie bardzo miły i dumny z tego co osiągnęłam.

 


WROCŁAW-BERLIN

 

Długie godziny ćwiczeń opłaciły się, zostałam przyjęta na Akademię Muzyczną we Wrocławiu. W trakcie dwuletnich studiów poznałam wspaniałych ludzi, którzy otworzyli mi wiele nowych możliwości. Chciałam grać więcej, mocniej, efektowniej. Dostałam możliwość pracy w Teatrze Capitol we Wrocławiu, zaczęłam być rozpoznawalną wiolonczelistką w mieście. Wystąpiłam z orkiestrą w Monachium oraz filharmonii Berlińskiej. W Berlinie zagrałam jeden z najważniejszych koncertów w życiu, nasza orkiestra przedstawiła Symfonię alpejską Straussa, to była dla mnie niezwykła chwila. Na scenie obok mnie zagrało ponad 100 muzyków, niewiele jest utworów na tak duży skład. Kiedy weszłam do gmachu filharmonii wzruszyłam się. Zrozumiałam, że to jest miejsce, w którym chciałabym kiedyś pracować. Najprawdopodobniej zostanie to tylko w sferze marzeń. Dziewczyna z Olsztyna, znikąd, ma grać z najlepszymi muzykami na świecie na jednej scenie? Może jednak kiedyś się uda? W momencie kiedy zaczynałam grać za granicą i odnosiłam sukcesy, moja sytuacja na uczelni wyglądała fatalnie. Nauczyciele mnie nie doceniali, nie liczyło się to kto gra lepiej, tylko kto kogo lubi. A egzamin końcowy to było coś strasznego. Grałam Schelomo Blocha, niczego nigdy, ani wcześniej, ani później tak dobrze nie grałam. Byłam przygotowana perfekcyjne, właściwie to mój popisowy utwór. Dźwiękowo na tej uczelni nie było osoby lepszej ode mnie, nie istniała. Nikt nie miał takiego dźwięku. A dźwięk jest najważniejszy, to on odpowiada za muzykalność, wrażliwość, jest wszystkim dla muzyka. Jak nie jesteś zdolny to nigdy nie będziesz miał ładnego dźwięku. Nie potrafię wyrazić uczuć jakie mi towarzyszyły kiedy usłyszałam, że dostałam 18/25 punktów, najmniej spośród wszystkich studentów. Zapytałam tylko "dlaczego? co było nie tak?". Moja profesor odpowiedziała "Wiesz oni chyba nie znali tego utworu, coś im się nie spodobało, a ten Pan Miszak to Cię chyba nie lubi.". Zamurowało mnie, płakałam kilka dni, było mi potwornie przykro, że odnoszę pierwsze międzynarodowe sukcesy, a dostaje złe oceny bo ktoś mnie nie lubi. Obiecałam sobie, że już kolejnego roku tam nie spędzę.

 

 

PARYŻ

 

Na szczęście kilka miesięcy wcześniej zdawałam do Konserwatorium Paryskiego razem z pozostałymi 73 wiolonczelistami. Było nas tak dużo, że pierwszy etap trwał trzy dni. Przed egzaminem miałam próbę z akompaniatorką, było koszmarnie. Mówiła do mnie po francusku, stwierdziła, że nic nie umiem, ale właściwie, chyba wszyscy zawsze mi to mówili, więc przywykłam. Kiedy wyszłam z próby jeden ze studentów podszedł do mnie i powiedział "tutaj tak jest". Świetnie, kolejne kilka lat upokorzeń przede mną, pomyślałam. W pierwszym etapie grałam Sonatę, nawet całkiem nieźle, obyło się bez większych błędów, ale w porównaniu z innymi nie miałam szans. Atmosfera przed była bardzo napięta, nikt nie rozmawiał, w kolejce 30 osób, każdy ćwiczy ze słuchawkami na uszach. Ani jedna głowa nie podniosła się kiedy powiedziałam "hello", byli jak w transie, przerażało mnie to. Wyszłam z egzaminu i pojechałam do centrum. Pospacerowałam pod Notre Dame, musiałam wyładować emocje, było zimno, luty, porządnie dotleniłam mózg wróciłam i od razu poszłam spać. Następnego dnia dostałam informację, że jestem w drugim etapie. Drugi dzień egzaminów to był katastrofa, sprawdzali naszą technikę. Grałam Kaprys a vista[1] i Rapsodię Węgierską Poppera. Na Rapsodię miałam trzy tygodnie, niewykonalne było nauczenie się tego utworu w tak krótkim czasie, jest niesamowicie trudny. Przy Kaprysie, pomyliłam się, zaczęłam raz jeszcze, znowu pomyłka w tym samym miejscu, to znaczy że tego nie umiesz. Stwierdziłam, że już po wszystkim. Miałam trzy sekundy, żeby spojrzeć na nuty i już zaczynałam. Taki wstyd. Grałam co trzecią nutę, zaczęłam się śmiać sama z siebie, zagrałam tylko temat, nie zaczęłam nawet pierwszej wariacji, a zza stołu egzaminatorów usłyszałam "dobrze, no to dziękujemy". Bardzo się stresowałam, poszłam do sklepu kupić wino, wróciłam do domu, wypiłam, poszłam po następnie. Zadzwoniłam do profesora Roka, zaryczana. Miałam tylko siłę, żeby wykrzyczeć "Wracam do Polski, nie wyszło". Następnego dnia na kacu stulecia leżałam pod kocem i oglądałam "Grę o tron". Chłopak u którego mieszkałam co chwile przychodził i mówił "sprawdź te wyniki, sprawdź te wyniki". Po kilku godzinach sam sprawdził i okazało się, że jestem na tej liście. To oznaczało, że następnego dnia o jedenastej muszę zagrać Preludium z Suity II Bacha, więc się zebrałam o tej 17, żeby cokolwiek poćwiczyć przed egzaminem. Z 12 osób trzeci etap przeszło 8, ale miejsc było tylko 4. Na informację, że zostałam przyjęta czekałam pół roku.

 

 

ZIEMIA OBIECANA

 

Postanowiłam spróbować swoich sił poza Europą, mam żydowskie korzenie i zawsze ciągnęło mnie do Izraela. Znalazłam świetną szkołę - The Buchmann-Mehta School of Music, stwierdziłam, że zaryzykuję, pojechałam na egzaminy wstępne. Musiałam wstać o drugiej nad ranem, o piątej wylatywał mój samolot do Tel Awiwu. Razem z wiolonczelą i bagażami prosto z lotniska popędziłam do szkoły. Swoje kroki od razu skierowałam na próbę z akompaniatorką. Była wspaniała, dała mi czas na przygotowanie, mogłam ćwiczyć dopóki nie byłam gotowa. Wykończona, brudna, śmierdząca i niewyspana, wyszłam z próby i usłyszałam o egzaminie z teorii. Myślałam, że to żart, nigdy nie zdawałam teorii po angielsku. Całą grupą czekaliśmy na test, zaskoczyło mnie, że wszyscy sobie nawzajem pomagają, jakaś dziewczyna podeszła z notatkami i zapytała "chcesz sobie powtórzyć? Weź mój zeszyt", dodała jeszcze, "będzie to, to i to". Zszokowała mnie ta uprzejmość, poczułam, że tutaj ludzie są całkiem inni niż w Olsztynie, Wrocławiu i Paryżu. Wszyscy rozmawialiśmy, śmieliśmy się, bardziej niż egzaminy do elitarnej szkoły muzycznej przypominało to wyjście na piwo z przyjaciółmi. W końcu przyszła moja kolej. Egzaminator był pierwszą osobą, która poprawnie wymówiła moje imię- Małgorzata, jest bardzo problematyczne dla obcokrajowców. Nie bez powodu dla niego nie stanowiło problemu, okazało się, że jest Polakiem i pozwolił mi odpowiadać po polsku. Zdałam. Następnego dnia wykonałam Cello Concerto Haydn, Sonatę Gambową Bacha i Sonatę E moll Brahmsa. Warto było zaryzykować, dostałam się. W The Buchmann-Mehta School of Music uczy się 200 muzyków, w tym 20 spoza Izraela, w tym roku przyjęto tylko dwoje stypendystów, jednym z nich jestem ja, Małgorzata Kozłowska. Dołączyłam również do trzeciej najlepszej orkiestry na świecie w Filharmonii Izraelskiej.

 

 


[1] W terminologii muzycznej oznacza pierwsze wykonanie danego utworu muzycznego przez wykonawcę czytającego z nut, bez przygotowania, czyli bez wcześniejszego zaznajomienia się z zapisem nutowym tego utworu, źródło: Wikipedia.

Per aspera ad astra

<< Strona główna

Copyright by FAME agency & Laboratorium Reportażu

2017 - 2019