FAME-agency.jpg
Laboratorium-Reportazu.jpg
Laboratorium-Reportazu.jpg
FAME-agency.jpg

RZECZ O REPORTAŻU

Matka Ukraina nie daje swoim dzieciom poczucia bezpieczeństwa. Zachód jest jak ojciec - nie wita z otwartymi ramionami, ale gwarantuje porządek.

 


Wyobraź sobie, że zarabiasz w Polsce 3 tys. złotych. Na Ukrainie dostaniesz tyle samo, ale hrywien. Wynajmujesz dwupokojowe mieszkanie. Musisz zapłacić za czynsz, rachunki, pójść na zakupy. W sklepach kupisz kilogram ziemniaków za 10 zł, litr mleka za 20 zł. Na zakup mięsa możesz pozwolić sobie tylko na święta - kosztuje trzy razy drożej niż w Polsce. Jeszcze kilka lata temu, bohaterowi tej opowieści, opłacało się przyjechać na krótko do Polski: zarabiać, oszczędzać i przywozić pieniądze do domu. Dzisiaj, za półroczny zarobek w Polsce, zdołałby wyżyć na Ukrainie najwyżej dwa miesiące.
Ludzie bez istotnego powodu nie podejmują decyzji o migracji, ponieważ oznacza ona opuszczenie swojej bliskiej, dobrze znanej naturalnej przestrzeni oraz przeniesienie się do mniej lub bardziej obcej, odległej i nieznanej rzeczywistości. O emigracjach decydują konteksty, w jakich żyją ludzie: ekonomiczne, polityczne, edukacyjne, społeczne, kulturowe i inne. Emigrantami rzadko zostają ci, którym powodzi się najgorzej. Często natomiast zostają nimi ci, których sytuacja jest przeciętna, a czasem nawet nieco lepsza od przeciętnej. W grę mogą tu wchodzić wyższe aspiracje życiowe lub inne czynniki pozaekonomiczne.
W 1992 roku, po tym jak Polska i Ukraina wyszły z radzieckiego sojuszu, były na podobnym poziomie gospodarczym. Alex kojarzy z rodzinnych opowieści, jak jego dziadek i ojciec jeździli w latach 80. do Zielonej Góry na ruski bazar. W Polsce trudno było wtedy zdobyć jakiekolwiek produkty. Dziadek Alexa woził na sprzedaż koszulki, papier toaletowy, zegarki. Dekadę później sytuacja się odwróciła i do Zielonej Góry jeździł, nie po to, aby zarobić parę groszy, ale po to, aby zrobić zakupy. Polska ruszyła do przodu, Ukraina została w tyle. Nasz wschodni sąsiad to w zasadzie centrum Europy. Jest ogromnym krajem, również bogatym. Dysponuje sporymi nakładami węgla, złota, gazu. Może poszczycić się największymi na świecie pokładami bursztynu. Niestety, bogactwo tego kraju nie idzie w parze z sytuacją materialną jego obywateli.

 


Przyjdźcie po weekendzie


Emigracja może przyjąć formę "cichego buntu". Chodzi o domaganie się "normalności" w funkcjonowaniu państwa, o "normalne", czyli życzliwe stosunki międzyludzkie.


Warszawska Praga, trzypokojowe mieszkanie. Największy pokój zajmuje Alex i Anna. Mają po 25 lat, a od trzech są małżeństwem. On jest głową rodziny, pracuje w branży budowlanej. Ona to znakomita baristka i kucharka, dba o dom, pracuje jako kasjerka w supermarkecie. Na Ukrainie przez jakiś czas mieszkali z rodzicami Alexa. Anna jest alergikiem. Przebywając jeszcze na Ukrainie, 5 lat temu, doświadczyła wstrząsu anafilaktycznego. Z piątku na sobotę trafiła do szpitala w stanie epilepsji. Lekarz dyżurny próbował ją uspokoić: "Mamy weekend, proszę przyjść w poniedziałek".


- Realia są takie, że w weekendy szpital jest jakby nieczynny: urzęduje tylko lekarz dyżurny, który nie jest w stanie zająć się wszystkimi. Gdyby żona przyjechała do szpitala nieprzytomna, to co innego. Trzeba byłoby się nią zająć.


- Jeśli nie masz pieniędzy to zginiesz na korytarzu. Dopóki sama tego nie doświadczyłam, nie sądziłam, że jest aż tak źle. Co z tego, że nie byłam nieprzytomna, skoro miałam świadomość wszystkiego, odczuwałam ból, dusiłam się. Nikt nie chciał mi pomóc. Nie mogłam podnieść głowy. Mój mąż był w takim szoku, że nie wierzył, że aż tak mnie sparaliżowało. Potrząsał moimi ramionami i prosił, żebym wstała.


- Nic nie mogłem zrobić, pierwszy raz byłem w takie sytuacji, nóż mi się w kieszeni otwierał na widok tego lekarza. Nie wytrzymałem i prawie się na niego rzuciłem, krzycząc mu prosto w twarz: "Słuchaj masz dwa wyjścia: albo ja teraz zadzwonię do prokuratury i was aresztują, albo i tak przyjedzie prokuratura tylko do mnie, za to, że was zabiłem".


Właśnie wtedy Alex musiał się przełamać i zadzwonić do swojego ojca. Nie rozmawia z nim często, od dawna ich relację można określić jako szorstką miłość. Ale wtedy nie miał wyjścia. Musiał schować dumę w kieszeń i zadzwonić. Jego ojciec był wysoko postawionym człowiekiem w parlamencie. Wykonał jeden telefon. Okazał się niezwykle skuteczny. Zadzwonił do dyrektora szpitala, w którym nie chciano pomóc jego synowej. Zrobił to dla niej, nie dla niego. Do dzisiaj jest tak, że dzwoni zapytać jak się ma Anna, jak się jej żyje w Polsce. Przy tym zawsze zapewnia synową, że jeśli będzie dziać się jej jakakolwiek krzywda, to jego dom zawsze jest dla niej otwarty. Alexa zaproszenie nie dotyczy. W szpitalu nie mógł pomóc żonie, nie tylko dlatego, że nie miał pieniędzy. Na Ukrainie liczą się znajomości - znacznie potężniejsza waluta. 
Chłopak mógł tylko obserwować, jak na szpitalnym korytarzu, z jednej strony umiera jego ukochana, a z drugiej, jak lekarz dyżurny dostaje reprymendę od swojego przełożonego. Telefoniczna rozmowa z dyrektorem szpitala trwała kilkanaście minut. Alex zapamiętał z niej widok lekarza, gotującego się ze złości. Po tym telefonie wszystko zadziało się błyskawicznie. W ciągu  kwadransa sprowadzono wszystkich potrzebnych lekarzy: anestezjologa, neurologa. Pod domy medyków przyjechały specjalne karetki, które zawiozły ich prosto do szpitala. Cała machina ruszyła za sprawą jednego wpływowego człowieka. Wszyscy potem skakali wokół łóżka, w którym leżała Anna, interesowali się jej zdrowiem, pielęgniarki zamęczały pytaniem: "jak się czujesz kochanie?". Problem tkwi w przepisach, a raczej w ich braku. Nie można pomóc kobiecie, która cierpi, ale pozostaje w stanie świadomości. Przepisy umożliwiają pomoc, tylko w przypadku utraty przytomności.


Z drugiej strony postaw się na miejscu tego lekarza, jeśli dostaje 250 zł miesięcznie. Poważnie. W sobotę w pracy jest tylko on. Może przyjmować ludzi i odsyłać ich do specjalistów, którzy zjawią się dopiero w poniedziałek. U nas media o tym nawet nie mówią, bo to jest zwykła sprawa. Tak już jest w tym kraju.

 


Szukaj szczęścia gdzie indziej


Zanim Alex dotarł do Polski sporo podróżował. Był w Egipcie, Tajlandii, w Indiach. Mógł sobie na to pozwolić. Przyznaje, że zawdzięcza to rodzicom. Skończył technikum jako montażysta dużych maszyn chłodniczych, wykorzystywanych przy produkcji żywności. Zawód wyuczony, lecz nie wymarzony. Aby trochę dorobić na wakacje, zgłosił się do wujka, który miał zakład meblarski. Pracował 1,5 miesiąca jako lakiernik. Szło mu całkiem nieźle, fachu nauczył się z YouTube - wystarczyło, że obejrzał kilka filmików. 


- Jako gówniarz popełniłem wiele błędów. Handlowałem narkotykami. Złapali mnie. Każdy kto handluje musi wiedzieć, że kiedyś po niego przyjdą. Ale to nie było wtedy ważne. Ważne było, że w ciągu dnia mogłem zarobić do 5 tys dolarów. Ojciec mi nigdy tego nie wybaczy.  Przepraszałem, ale to nie wystarczy. Rozumiem go, bo co niby miał mi odpowiedzieć na te przeprosiny? Nawet gdyby mi wybaczył, to nigdy w życiu się do tego nie przyzna. Polityk w końcu. Kiedyś myślałem, że i z jego winy zacząłem handlować. Widziałem, że są pieniądze w rodzinie. I to nie małe. Ale kiedy mówiłem, że chcę gdzieś pójść poimprezować dostawałem odpowiedź, że nie ma i tyle. Ale jak to nie ma, jak ja widziałem, że są? Zbuntowałem się po prostu.


Wpadł w ręce policji, raz i drugi. Przyjechali do jego domu. Drzwi otworzyła matka. Nie mogła uwierzyć, że przyjechali po jej syna, przecież on był taki grzeczny, takie dobre dziecko. Ojciec zainterweniował bez namysłu. Przywiózł syna z aresztu do domu na rodzinną naradę. Matka siedziała na kanapie i płakała. Pytała ukochanego synka, dlaczego to wszystko się stało. Alex miał wtedy 18 lat. Popatrzył na rodziców i zapytał, czy mają pojęcie, jak żył przez ostatnie trzy lata. Zamilkli, bo nie znali odpowiedzi. Może nie zdawali sobie sprawy, że ich syn czuł się samotny, zdany tylko na siebie. Ojca widział rzadko, bo ten pracował i stale był poza domem. Nawet żona chciała się z nim rozstać z tego powodu. Ojciec skupiał się na zarabianiu pieniędzy, których na początku brakowało w domu. Przecież pamiętał jeszcze czasy, jak musiał jeździć ze swoim ojcem, a dziadkiem Alexa, na bazar do Zielonej Góry. Alex też musiał jeździć, ale z mamą i babcią na targi do ich miasta. Po czterech miesiącach od pierwszej wpadki, policja zatrzymała go drugi raz. Ponownie z opresji wybawił go ojciec. Z aresztu wracali do domu samochodem. W aucie panowała całkowita cisza. Przez całą drogę nie odezwali się do siebie ani słowem.


- Jak mnie wyciągnął za pierwszym razem, to powiedział, że to był pierwszy i ostatni raz. Ja mu się nie dziwię, jakbym miał takiego syna, to na jego miejscu, też bym po niego przyjechał, ale tylko po to, aby go zniszczyć. Po tej akcji powiedział mi, że zrobił dla mnie wszystko, co mógł i mam zabrać swoje rzeczy i wypierdalać z jego domu. Nie jestem na niego zły. Mam żal o to, że nie było go w moim życiu. Był tylko gość, który przynosił pieniądze.


Rodzinne miasto Alexa znajduje się 80 km od Kijowa. Młodzi wyjeżdżają na studia do stolicy i tam szukają szczęścia. Jeśli zostaną u siebie, to nic dobrego z tego nie wyniknie. Alternatywą często są narkotyki. Można je łatwo zdobyć. Dla wielu młodych to wygodny sposób na życie. Alex wie, jak to jest być najmłodszym w grupie znajomych i przebywać w towarzystwie starszych chłopaków. Kiedy miał 14 lat, przyjaźnił się z dwudziestolatkami. Trafił na towarzystwo, w którym trzeba uważać na to, co się mówi. Odpowiada się wtedy za każde słowo. Nie ma miejsca na żarty. Jeden błąd i wylatujesz. W tym mieście chłopcy nie chodzą na lekcje fortepianu, gitary, tylko na box, taekwondo, bo to się przydaje. Jeśli chcą przetrwać, muszą mieć siłę fizyczną albo zmienić kraj zamieszkania.


- U was jest zakaz bicia, u nas tak nie jest. Ludzi myślą, że to jest w porządku jak idziesz ulicą i możesz kogoś pobić. Jeżeli nie masz siły fizycznej - jesteś nikim. Dlatego bardzo chcę, żeby do Polski przyjechał mój młodszy brat. Rodzice nie są już młodzi. Brat idzie trochę w moje ślady, znam jego towarzystwo. Cieszę się, że przynajmniej chodzi na kursy języka polskiego. Powinien tutaj przyjechać na studia. Rodzice strasznie go rozpieścili, dłużej go nie upilnują. Za kilka lat nie dadzą sobie z nim rady. Chcę mieć go na oku. Ojciec nie wytrzyma kolejnej czarnej owcy w rodzinie, matka tym bardziej.

 


Polska szkoła


- Przeszedłem polską szkołę od A do Z. Przyjeżdżasz tu jako pies i tak o sobie myślisz, masz takie nastawienie. Najpierw język. Na początku nie znałem ani jednego słowa.


Alex pierwszą pracę w Polsce znalazł 6 lat temu. Miał wtedy 20 lat. Zatrudnił się w fabryce Volkswagena, niedaleko Poznania. Razem z nim przyjechało około 18 osób. Składali fotele, siedziska. Najgorsze były pierwsze dwa miesiące.  Praca była na 3 zmiany po 8 godzin. Rozdzielili ich na 3 grupy: w pierwszej grupie było dziewięciu Ukraińców, w drugiej ośmiu, Alex trafi do trzeciej grupy. Był jedynym Ukraińcem, który pracował na zmianie z Polakami. Co dwie godziny miał przerwę na papierosa. Wyczekiwana chwila. Wszyscy idą zapalić. Alex idzie z nimi. Stoi  z boku, obserwuje otoczenie i nie rozumie żadnego słowa. Za którymś razem trafił na chłopaków w swoim wieku i rozmawiał z nimi po angielsku.


- Później jakoś poszło z tym językiem. Dużo rozumiałem. Wkurzało mnie jedno: jak ktoś mówił do mnie po polsku i ja go rozumiałem. Odpowiadałem po ukraińsku, a on nic nie rozumiał. Przecież to powinno działać w obie strony (śmiech).


Po pierwszych czterech miesiącach pracy w Polsce, Alex wrócił do domu, aby otworzyć wizę dla żony. Przyjechała razem z nim na trzy miesiące. Alex wspomina to jako jeden ze swoich najgorszych wyjazdów. Mieli ciężko. Anna wykrzyczała, że już nigdy więcej nie przyjedzie do Polski. On był przyzwyczajony do ciężkiej pracy, ona nie. Można sobie wyobrazić dwudziestolatkę, 45 kg, 150 cm wzrostu. Wtedy to było jeszcze dziecko. Myślała, że będzie jak w bajce, bo Polska to jest Europa! Przyjechali pracować niedaleko Zielonej Góry, mieszkali w domu młodego małżeństwa - Jacka i Agnieszki. Polka zaproponowała, że może im coś od czasu do czasu ugotować, bo widzi, że ciężko pracują i nie mają czasu zrobić zakupów. Do pracy mieli daleko, chodzili pieszo, jakieś 4,5 km. Na codzienne dojazdy komunikacją miejską nie było ich po prostu stać.


"Droga z Ukrainy na zachód wiedzie przez Polskę. Droga Polski na wschód wiedzie przez Ukrainę". Taka myśl przyświecała prezydentowi Polski i Ukrainy w 1992, kiedy to podpisali traktat o dobrym sąsiedztwie, przyjaznych stosunkach i współpracy. Polska dla Ukraińców zawsze była bliska kulturowo. Oba narody mają podobną mentalność. Niemcy to już co innego. Z tej przyczyny, to właśnie Polska jest najpopularniejszym kierunkiem migracji Ukraińców. Aby tu przyjechać należy zdobyć zezwolenie na pobyt. Znalezienie pracy odbywa się przez pośredników, których na Ukrainie nie brakuje. Kiedyś za dokument zezwalający na pół roku pracy w Polsce, należało zapłacić 250-350 dolarów. Pośrednik pobierał dodatkowe 100 dolarów. Rzeczywistość wygląda tak, że migranci płacą pośrednikowi, bo nie znają języka, warunków, przepisów. Boją się jechać do obcego kraju w ciemno.


- Osobiście nie skorzystałem z tego pośrednictwa. Płaciłem bezpośrednio za zezwolenie, aby móc pracować w Polsce i po nim otworzyć wizę. Resztę wolałem załatwić sam. Ten papierek w polskim urzędzie pracy kosztuje 35 zł. U nas pośrednicy sprzedają go teraz za co najmniej 100 $. Sprzedają takim ludziom, którzy jeszcze nigdzie nie wyjeżdżali i nie wiedzą, o co chodzi. Żerują na ich nieświadomości. Dla człowieka, który nigdy tu nie przyjeżdżał, ten papierek to jak nowe życie.


Teraz nie jest już tak źle, jak kiedyś. Pracodawcy oszukiwali, bo jak człowiek przyjeżdża, to nie zna się na tych przepisach. Mało kto ma świadomość, że jak ma się umowę o pracę, to gdy pracodawca oszuka, to można go postraszyć. Co to znaczy postraszyć? Sam miałem kiedyś taką sytuację, że szef nie chciał mi zapłacić. No więc ja grzecznie mu wytłumaczyłem: "Słuchaj, jeśli mi nie zapłacisz to dzwonię do urzędu skarbowego, do państwowej inspekcji pracy, powiem, co się tutaj dzieje, że pracujemy bez żadnych badań, nie mieliśmy BHP, ani nic". Ludzie z Ukrainy w większości nie znają się na tych przepisach i myślą, że tutaj jest jak w domu i nie bronią się. Ulegają, jeśli pracodawca ich szantażuje i mówi: "Albo zapierdalasz, albo anuluję twoje zezwolenie na prace i zostaniesz deportowany". To nie jest prawda. Wszystko, co taki pracodawca może zrobić, to anulować zezwolenie w przypadku, jeśli on je załatwił. Wiza pozostaje aktualna i nikt nie może straszyć deportacją. Można zostać w Polsce i szukać kolejnej pracy, w której muszą wyrobić nowy papierek. Ale ludzie o tym nie wiedzą i godzą się na trudne warunki. Zapominają, że Polska to nie Ukraina.

 


Wszędzie są ciurki


- Jest coś, co mnie wkurza do tej pory... Teraz mam dobrą robotę i coś mi się udało. Pracuję na budowie z kierownikami. Jestem zatrudniony jako przedstawiciel firmy. Mam do czynienia z umowami, kosztorysami. Prezes upełnomocnił mnie do tego. Na budowie niektórzy mają problem z tym, że mam taką pozycję. Stoi przede mną pracownik, dużo starszy ode mnie i zdarza mi się, że  go ochrzanię za to, że jest źle zrobione. A po nim od razu widać, że sobie myśli: "pierdolony Ukrainiec". Mnie tylko zależy na tym, żeby robota była dobrze zrobiona. On popełnia błąd, a ja wiem, że przez niego stracimy 3 dni roboty. To jak mam go nie wyzywać? Przecież on ma 15 lat doświadczenia, a zrobił tak, że szkoda gadać.


Na Ukrainie jest takie słowo: ciurki. Jest ono bardzo obraźliwe i rasistowskie. O podobnym znaczeniu, co "czarnuch". Ciurki mówi się o wszystkich tych, którzy przyjechali z Azerbejdżanu, Kazachstanu, Uzbekistanu... Oni już zawsze będą ciurkami. Nawet jeśli, przyjechali na Ukrainę 15 lat temu i urodziły się im dzieci, które mają ukraińskie dowody. Tego nie da się już zmienić. Ukraińcy też są ciurkami, tyle że dla Polaków. Nie ma znaczenia, jak długo tu mieszkają i jak dobrze znają język. Dzisiaj określamy ludzi poprzez narodowość, bardzo rzadko zauważamy po prostu człowieka.


- Poznałem wielu Polaków, którzy tak myślą. Mam ciemną karnację i włosy. Nawet Ukraińcy mówią, że jestem albo z Turcji, albo z Azerbejdżanu. Rozumiesz, że nawet w Polsce, Ukrainiec mówi mi, czyli drugiemu Ukraińcowi, że nie mogę być Ukraińcem? (śmiech)


W ciągu sześciu lat życia w Polsce, spotyka się różnych ludzi. Ci, co chcą pomóc - pomagają np.  załatwić jakiś nocleg, gdzieś dojechać. Alex kiedyś zatrudnił się na budowie jako zwykły pracownik fizyczny. Szefowało mu trzech braci. To byli już dojrzali mężczyźni. On był wtedy smarkaczem. Przyjęli go do swojej rodziny. Każdy z braci miał już swoje dzieci i wnuki. Dom zawsze był przepełniony ludźmi. Na weekendy zapraszali Alexa do siebie. Mogli zostawić go samego w hostelu, w końcu miał wolny czas od pracy, ale mimo wszystko, zapewniali mu pobyt u siebie. Prowadzili bardzo otwarty dom. Zapraszali również sąsiadów. Jak wszyscy się zebrali, to było ich ponad 20 osób. Tak było co weekend. I Alex był wśród nich i czuł się jak u siebie w domu.


- No więc są ludzie i ludziska... Sporo Polaków wyjechało do Unii Europejskiej, a ci, co zostali tu na budowach, to często pijaki. Ukraińców jest bardzo dużo. W pracy mówimy między sobą w naszym rodowitym języku, bo jak inaczej? Kiedyś ktoś zwrócił mi uwagę i kazał mi mówić po polsku, a ja mu wtedy odpowiedziałem: "Ucz się lepiej ukraińskiego, za parę lat się przyda". Kopara mu opadła. Prawda jest taka, że nie wszyscy Ukraińcy przyjechali do Polski dlatego, że u nas jest tak źle. Sporo przyjeżdża tutaj, żeby kraść, chlać i bić ludzi. Po takim jednym Ukraińcu sądzą nas wszystkich. W telewizji pokazują, że trzech Ukraińców pobiło Polaka w centrum Warszawy... no to co się później dziwić, że Polacy to oglądają i mają taką opinię.

 


Centrum działalności życiowej


Emigranci zazwyczaj mają równocześnie dwie różne ojczyzny: ideologiczną i prywatną. Ojczyzna ideologiczna jest wyrazem więzi ideologicznej z ziemią przodków i krajem własnego narodu. Natomiast ojczyzna prywatna jest wyrazem więzi nawykowej wynikającej z bezpośrednich doświadczeń i przyzwyczajeń.


- Tęsknie za domem. Mam w Polsce sporo przyjaciół, którzy też przyjechali tu za chlebem, ale to i tak nie jest to samo, co w domu. Polska na ten moment to moje jedyne wyjście. Ojciec prowadzi biznes - posiada warsztaty samochodowe. Ja tego nie chcę. Ojciec i tak narzeka, że są takie miesiące, że biznes wychodzi mu na zero. Na Ukrainie mam mieszkanie, które od niego dostałem, ale nie byłbym w stanie go utrzymać. Nie widzę sensu, żeby teraz wracać. Może coś się zmieni w naszym kraju jak przyszedł Zełeński. Ludzie mu wierzą, bo on nie jest taki jak jego poprzednicy: prezydenci-milionerzy. Do tej pory rządzili biznesmeni, a każdy biznesmen będzie myślał tylko o tym, jak zwiększyć swój majątek. A na Zełeńskiego wszyscy patrzą jak na człowieka z narodu.


- Mieszkając w Polsce chciałbym w przyszłości wychować swoje dzieci po ukraińsku, ale wiadomo, że  muszą znać też polską kulturę i historię. Ale to kiedyś... teraz nie myślę o dzieciach, bo jak tu dać sobie radę. Co ja mogę temu dzieciakowi teraz dać? Patrzę na to trzeźwo. Jestem w obcym kraju, własnego mieszkania nie mam. Teraz sytuacja wygląda tak, że ma być trochę łatwiej zdobyć wizę. Niemcy otworzyły granice,myślę, że już niedługo w Polsce będzie brakować pracowników. Co najmniej milion Ukraińców wyjedzie do Niemiec, uciekną z miejsc pracy, w których teraz otrzymują minimalne wynagrodzenie. Jak sobie to wszystko przeliczą to wyjadą. Kiedy na Ukrainie zaczęła się wojna, to Polska przyjęła z 10-15 tys. Ukraińców, żeby nie przyjechali do was ludzie np. z Syrii. Stwierdziliście, że lepiej zaoferować pobyt Ukraińcom, bo przyjadą do pracy, niż wpuścić do kraju muzułmanów-terrorystów.

 


Motywacje


Emigranci wykazują ogromną determinację w próbach ułożenia swego życia "od podstaw", co wymaga z ich strony ogromnego samozaparcia i wysiłku. Mimo trudności, nie okazują niezadowolenia, które przypominałoby ich sprzeciw wobec braku ekonomicznych perspektyw życia  w Polsce. Emigracja wymaga determinacji, a determinacja wyzwala w emigrantach postawę pozytywnego nastawienia do nowych warunków - do nowych wyzwań w nowym miejscu.


- Właśnie czekam na wypłatę, trochę się opóźnia. Pieniędzy za ostatnie zlecenie nie dostało 5 osób: czterech prezesów i ja. Jestem jedynym pracownikiem, który jest tak blisko szefów. Jestem o wszystkim informowany. Rozumiem, że jeżeli nie wypłacimy pieniędzy zwykłym pracownikom, to będzie bałagan. Wiem, że mogę tydzień poczekać, bo to będzie dobre dla firmy. Nie jestem traktowany jako zwykły pracownik i sam się takim nie czuję. Nie przyjechałem tutaj po to, żeby wyjechać za pół roku. Chcę pracować w tej firmie na stałe i dlatego staram się najlepiej jak umiem.


Wielu rodaków Alexa stwierdziło, że nigdy w życiu już tutaj nie przyjadą. Żadne pieniądze ich nie skuszą. On mówił to samo. Pierwsza wizyta w Polsce bardzo go rozczarowała. Wracając autobusem do domu, pomyślał: "jak ja ich nienawidzę, żeby oni tu wszyscy zginęli". Skąd ta nienawiść? Był oszukiwany, nocował na PKP, mając 7 zł w kieszeni. Nie miał mieszkania ani jedzenia. W głębi duszy wiedział, że i tak miał lepiej niż na Ukrainie. Podczas rozmowy powiedział mi, że nie jest w stanie tego wytłumaczyć, że i tak go nie zrozumiem, bo to trzeba przeżyć samemu.


- W Polsce jest tak, że ktoś może nie być zbyt inteligentny, nie umie za wiele, ale jeśli chodzi do fabryki od poniedziałku do piątku, to dostanie  minimalną wypłatę. Na Ukrainie jest tak, że masz fach w ręce, a wynagrodzenie żadne. Wkurza mnie w Polakach to, jak bardzo narzekają na warunki. Najbardziej to, jak próbują je porównać do tych ukraińskich. Jednemu takiemu mądremu powiedziałem: "Człowieku, żebyś ty przyjechał na Ukrainę na zarobki na takich warunkach jak Ukraińcy przyjeżdżają do Polski. Po dwóch miesiącach po przekroczeniu granicy, chciałbyś już wracać do siebie, ucałować polską ziemię krzycząc: "Moja Polska jest najlepsza!".

Jadę tam, gdzie będzie mi dobrze

Autor: Kalina Szymankiewicz

unsplash-image-12.jpg

<< Strona główna

Copyright by FAME agency & Laboratorium Reportażu

2017 - 2019